sobota, 6 maja 2017

13 powodów


Nie chciałabym być teraz nastolatką. Mam wrażenie, że w dobie facebooka i twittera jest o wiele trudniej dorastać i przeżywać pierwsze porażki, a także przede wszystkim uczyć się akceptacji samego siebie. Mimo, że nie będę już po raz drugi nastolatką, to jako matka za kilkanaście lat i tak będę niejako współodczuwać dojrzewanie mojej córki, dlatego też z przerażeniem odkrywałam kolejne powody, które zadecydowały o decyzji głównej bohaterki "13 reasons Why".

Nowy serial Netflixa "13 reasons Why" został nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści Jaya Ashera o tym samym tytule. Serial okazał się wielkim przebojem na całym świecie, a smaczku dla młodszej widowni nadawał fakt, że jego producentką jest idolka nastolatek, Selena Gomez, która oficjalnie przyznała się do walki z depresją. Tytułowe trzynaście powodów nawiązuje do trzynastu kaset magnetofonowych, jakie znajomi Hannah Baker otrzymują zaraz po jej samobójczej śmierci. A jaki jest sam serial? Przyznaję, że początkowo męczyło mnie jego tempo. Odkrywanie 13 powodów, problemów, potencjalnych przyjaciół i rozczarowań miłosnych, które doprowadziły główną bohaterkę do decyzji o samobójstwie początkowo wydaje się zbyt błahym powodem do targnięcia się na własne życie... Nie chciałabym jednak spojlerować, więc napiszę jedynie dlaczego według mnie warto zobaczyć "13 reasons Why".

Po pierwsze, ten serial jest dobrze zrobiony i mimo, że sama tematyka, jak i powody, które pchają bohaterkę do samobójstwa początkowo mogą wydawać się mało przekonujące, to jest coś, co pcha nas do zobaczenia kolejnego odcinka. W drugiej połowie sezonu atmosfera się zagęszcza i zdajemy sobie sprawę, że to co dla widza może być typowym problemem nastolatki, w perspektywie głównej bohaterki jest nagromadzeniem tragedii, które odbierają sens życia i prowadzą do drogi bez wyjścia.

Po drugie, wszystko, co może nas irytować w serialu, z czasem nabiera sensu. Największy problem miałam z głównym bohaterem, który nie potrafi pogodzić się z decyzją Hannah i nie potrafi zrozumieć, dlaczego jest jednym z powodów, dla którego odebrała sobie życie. Clay jest tylko nastolatkiem i to impulsywnym, zagubionym i zakochanym w dziewczynie, której już nie ma. Jego zachowanie w tej optyce jest bardziej zrozumiałe, ponieważ on sam nie przyjmuje innej optyki niż Hannah. Clay nie dostrzega również jak działa mechanizm pułapki, w której znalazła się Hannah, czyli społecznej presji i strachu przed oceną innych.

Po trzecie, serial pokazuje mechanizm zachowań nastolatków i może być przestrogą dla rodziców - może również zmusić do tego, aby obserwować zachowanie własnych dzieci i nie bagatelizować ich problemów nawet, jeśli ich sami nie rozumiemy. I chociaż nie można zapobiec każdej tragedii, to warto pamiętać, że osoby, które są w depresji często inaczej oceniają rzeczywistość, a nawet mały problem może przerosnąć osobę, która jest słabsza psychicznie, czy też brakuje jej pewności siebie, która pozwala uodpornić się na różne personalne ataki.


Nie będę przedstawiać 13 powodów, dla których warto zobaczyć ten serial. Jednak to właśnie w nim świetnie pokazano, jak wpływa wszechobecność mediów społecznościowych, czy też plotki, zastraszanie, na życie nastolatka. To są realia, w których musi funkcjonować wiele młodych osób na całym świecie, a rodzina, przyjaciele, czy też nauczyciele często okazują się bezradni. 

"13 reasons Why" to bardzo dobrze zrobiony serial ze smutną puentą. Już dzisiaj wiadomo, że popularność serialu sprawiła, że twórcy już przygotowują się do prac nad drugą serią produkcji. Na chwilę obecną Netflix musi zmierzyć się również z oskarżeniami dotyczącymi zachęcania do popełniania samobójstw. W odpowiedzi na oskarżenia Netflix postanowił uruchomić specjalną infolinię 13reasonsWhy.info, której celem jest pomoc dla nastolatków i ich bliskich, którzy czuliby się źle po obejrzeniu serialu. Niestety, nie czułam się dobrze po zobaczeniu serialu, ale wiem, że było warto i polecam każdemu o mocnych nerwach.
 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Wielkie kłamstewka

Bardzo lubię seriale HBO, więc po głośnej promocji serialu "Wielkie kłamstewka" stwierdziłam, że muszę go zobaczyć, aby mieć o nim własne zdanie. I przyznaję, że serial mi się bardzo podobał, mimo, że szybko domyśliłam się, jakie jest rozwiązanie głównej zagadki kryminalnej. Jednak, co najważniejsze oglądałam serial z wielką przyjemnością do samego końca.

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści australijskiej pisarki Liane Moriarty. Reese Whiterspoon i Nicole Kidman stwierdziły, że to świetny materiał na kobiecy miniserial i zainwestowały swoje pieniądze oraz talent, aby stworzyć bardzo dobry serial. Należy podkreślić, że nie tylko zainwestowały w serial, ale również zagrały w nim pierwsze skrzypce. Serial jest wierny książce, jednak na prośbę Whisterspoon scenarzysta ubarwił jej postać, żeby nie była zbyt doskonała. Do obsady dołączyły Laura Dern, Shailene Woodley (znana z filmów dla młodzieży) oraz zjawiskowa Zoë Kravitz, córka Lenny’ego Kravitza. 

"Wielkie kłamstewka" w pierwszym zetknięciu przypomina serial "Gotowe na wszystko". W centrum zainteresowania są piękne, bogate kobiety i ich problemy rozgrywające się w cudnych domach usytuowanych nad samym oceanem. Jednak nie jest to serial o oderwanych od rzeczywistości kobietach. "Wielkie kłamstewka" to znakomita rozprawa o przemocy w rodzinie oraz lękach współczesnych kobiet. Nagle okazuje się, że pod tym względem niezależnie od zasobności portfela, wszystkie kobiety mogą mieć podobne problemy. 

Przemoc w rodzinie jest w serialu ukrywana przed światem pod maską luksusu, a pozostałe wątki, tylko pozornie nie są związane z wątkiem przewodnim. Przemoc jest również omawiana w kontekście dzieci i to jest również ciekawa płaszczyzna serialu. „Wielkie kłamstewka” pod atrakcyjną i chwilami dowcipną postacią porusza ważne tematy.

W serialu nawet szkolne awantury kilkulatków okazują się zaskakująco intrygującym tematem, ale twórcy nie dają nam zapomnieć o tym, że mamy tutaj wątek kryminalny i ktoś zginął. Codzienne wydarzenia są więc przerywane migawkami z policyjnych przesłuchań oraz tego, co działo się podczas szkolnego balu charytatywnego. Twórcy serialu drażnią się z nami, nie podając żadnych konkretów dotyczących śmierci i samej ofiary, a mieszkańcy miasteczka Monterey, którzy są przesłuchiwani, pełnią tu rolę odpowiednika greckiego chóru, który komentuje lub po prostu wydaje własne wyroki na temat sprawy i podejrzanych. 

Nie dajcie się zwieść lekkim tonom, w jakie czasami popada serial, czy absurdalnym wątkom walki o wpływy wśród siedmiolatków. Ten serial mimo, że jest osadzony w pięknej scenerii, w której bohaterowie są nieprzyzwoicie bogaci, to porusza ważne tematy i jest świetnie zrobiony! "Wielkie kłamstewka" są kolejnym potwierdzeniem tezy, że seriale to znakomite medium do opowiadania skomplikowanych i wielowątkowych historii obyczajowych. Polecam!

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielki tydzień

Święta i czas wielkiego postu był zawsze w mojej rodzinie celebrowany. I chociaż jako dziecko czułam klimat przygotowań do świąt, to teraz wielki tydzień przychodzi nagle, a ja wciąż czuję się nieprzygotowana. Jestem nieprzygotowana do wielu sytuacji, z którymi muszę się zmierzyć. Śmierć mojej cioci była jedną z nich. Niektórzy mówią, że śmierć to naturalna kolej rzeczy... bo tak jest. Jednak jeśli umiera dziecko, ukochana osoba, czy też ktoś, kto w naszym życiu był kimś ważnym, to logika przestaje mieć znaczenie. Wspominam, czuję pustkę, bo kolejnej osobie, której już nie ma. 

Moja ciocia była dla mnie jak babcia. Sama niejednokrotnie przyznawała, że jestem dla niej jak wnuczka, mówiła mi również, że jestem jej "ukochaną imienniczką". Jej podejście do życia, pokora i wielka miłość do mojego taty, czyli jej brata, sprawiały, że w moich oczach była zawsze kimś wyjątkowym. 

To może nie jest najlepsze miejsce na osobiste refleksje, zaczęłam się jednak zastanawiać, ile jest rodzin, rodzeństw, które mają takie relacje jak miał mój ojciec miał ze swoimi siostrami? Ile jest takich rodzeństw, które przejmują nad sobą opiekę i zastępują dzieci i wnuków? Ile jest takich rodzeństw, w których nie pojawia się zazdrość? Ile jest takich rodzin, które są tak blisko i nigdy się nie kłócą? Jak to piszę, czuję, że to jakaś abstrakcja! Jednak widziałam tą abstrakcję przez wiele lat, przez całe swoje życie. Moja ciocia nigdy nie zaakceptowała faktu, że mój tata zmarł wcześniej niż ona. Po latach wspominała, że w czasach, kiedy razem pracowali w teatrze wszyscy ich podziwiali (dokładnie takiego słowa używała) za to jak dobrze się rozumieli.

Moja ciocia mówiła, że życie jest piękne, chociaż jest też trudne. Co było, to było i zapomnij, bo wszystko w życiu jest przemijające. Miała wiele mądrości, które z nami zostaną jak i ona, na zawsze, w naszej pamięci.


wtorek, 11 kwietnia 2017

Marcella, czyli miłość od pierwszego wejrzenia



"Marcella" mnie po prostu zaskoczyła. Gdy zaczęłam oglądać „Marcellę” nie spodziewałam się, że to będzie właśnie ten serial, dla którego w najbliższym czasie stracę głowę. Jednak już podczas seansu pierwszego odcinka straciłam rachubę czasu, wszystkie obowiązki poszły na bok, a po całym dniu pracy zastanawiałam się, kiedy tylko będę mogła zobaczyć kolejny odcinek. I tym samym "Marcella" mogę zaliczyć do mojej prywatnej czołówki seriali kryminalnych.

Oficjalny opis fabuły nie obiecuje niczego spektakularnego, może dlatego nie spodziewałam się, że serial o porzuconej przez męża kobiecie skradnie moje serce. Jednak Marcella jest niezwykła i to pod wieloma względami.  

Marcella jest kobietą, detektywem, żoną i matką. Trudno wybrać odpowiednią kolejność jej życiowych ról. Każda okazuje się istotna z punktu widzenia fabuły oraz charakterystyki jej postaci. Sposób postrzegania Marcelli Backland jest dużą zasługą Anny Friel, która doskonale wcieliła się w rolę pani detektyw. Widzimy, jakie piętno pozostawiają na niej przeżycia osobiste oraz zawodowe. Nie mamy również pewności czy jest dobrym, czy też złym bohaterem. Marcella jest bowiem nieustępliwa, uparta, momentami nieokrzesana, ale w tym wszystkim ma tez świetną intuicję i jest bardzo dobrym detektywem. I nawet w chwili, w której jej życie prywatne zaczyna się mieszać z zawodowym, mamy wrażenie, że mimo wszystko stara się dociec do prawdy, nawet jeśli będzie dla niej niewygodna. W efekcie dostajemy niezwykle złożoną bohaterkę. Serial został doskonale zbalansowany, a wszystkie elementy fabuły są dla niej niezbędne, nie ma ani jednego, choćby najmniejszego wydarzenia, które nie miałoby wpływu na główną oś fabularną. Wszystko jest doskonale poukładane. 

Marcella to serial, który jest świetnym przykładem tego, w jaki sposób można zrealizować dobry kryminał bez wielu scen akcji. Jednak, kiedy dowiedziałam się, że za scenariusz serialu odpowiada twórca "Broen", to wszystko stało się dla mnie jasne. Produkcja łączy chłodną stylistykę skandynawskich kryminałów z metodyczną, złożoną charakterystyką głównej bohaterki. Niektórzy twierdzą, że Marcella jest damskim i to bardziej udanym odpowiednikiem Luther'a, inni twierdzą, że przypomina Sarah Linden z "The Killing", a dla mnie mimo sympatii do wspomnianych bohaterów, to Marcella jest najlepsza.

W serialu poznajemy wiele postaci, z różnych grup społecznych, których losy splatają się ze sobą. Oprócz morderstw mamy tu także korupcję, miłość, zdradę i zazdrość. Poszczególne wątki poprowadzone są sprawnie i interesująco. Fakt, że wszyscy bohaterowie są ze sobą w jakiś sposób połączeni, dodaje intrydze głębi. Niczego i nikogo nie możemy być pewni. Kto jest ofiarą, a kto mordercą? Kto jest dobry, a kto zły? I czy w ogóle możemy kogokolwiek tak łatwo cenić?

Dawno żaden serial tak mnie nie zachwycił. Wszystko mi się w "Marcelli" podobało, mimo  że miałam do tego serialu sceptyczne podejście. Dawno nie wciągnęłam się w serial tak szybko i jedyne, co mnie wciąż zastanawia, to pytanie, kiedy będzie następny sezon, bo dla mnie "Marcella" była za krótka. Dla naszych rodzimych twórców może tylko służyć za wzór. Podejrzewam, że niedościgniony.

poniedziałek, 27 marca 2017

Międzynarodowy Dzień Teatru

Teatr od najmłodszych lat był dla mnie miejscem niezwykłym. Może zaczęłam bardzo trywialnie, ale kiedy w teatrze pracuje ukochany tata, to byłoby to niezwykle trudne, żeby miejsce, w którym spędza się tak wiele czasu nie wiązało się z dobrymi wspomnieniami. A żeby było jeszcze wspanialej, to mój tata pracował w teatrze lalek, więc wpoił mi miłość do teatru tak dawno temu, że wydaje mi się, że jestem związana z teatrem od zawsze. A nawyk, by świętować Międzynarodowy Dzień Teatru mam wpojony tak samo jak obchody innych, najważniejszych świąt.

I w tym niezwykłym dniu pragnę złożyć wszystkim osobom zaangażowanym w pracę teatru najlepsze życzenia! Pasji, wytrwałości i miłości do teatru, który rodzi wrażliwość i budzi emocje, a przede wszystkim sprawia, że nie jesteśmy obojętni na świat wokół nas.

Teatr to miejsce magiczne, doniosłe, a chociaż aktorami bywamy każdego dnia. to nie jest tak łatwo otrzeć się o sztukę. Gramy rolę, ale bez teatru niewiele znaczą.


Mam to olbrzymie szczęście, że moja ukochana córka poznaje sztukę teatralną już od najmłodszych lat. Niestety zabrakło w jej życiu dziadka, który tą miłość by jej wpoił tak jak jej mamie. Jednak cieszę się, że na drodze mojej córki już teraz pojawił się teatr, a ukochane ciocie żłobkowe uczą, czym jest pasja, a to już jest wielka sztuka. Cieszę się, że chociaż w ten sposób dzięki ukochanemu żłobkowi mogłam obchodzić Międzynarodowy Dzień Teatru!

poniedziałek, 6 marca 2017

Egzegma zamiast dobrego kryminału

Miałam duże oczekiwania od serialu "Długa Noc". Po pochlebnej opinii, którą przeczytałam u znajomego, który ogląda naprawdę dużo dobrych filmów i seriali byłam przekonana, że zarwę noc oglądając ten serial. Jednak mimo, że wszystko w "Długiej Nocy" jest dobrze zrealizowane, a poruszone wątki naprawdę mnie zainteresowały, to w tym serialu jak dla mnie zabrakło iskry. A jeśli iskra była, to odebrał ją główny bohater, który według mnie był irytujący, a jego zachowanie czy też gra sprawiała, że był dla mnie niewiarygodny. Coś tu po prostu nie zagrało. Od początku główny bohater mnie wkurzał, jego zachowanie, decyzje, naiwność i ufność sprawiały, że z niedowierzaniem przypominałam sobie, że ponoć jest dobrze wychowanym i inteligentnym chłopakiem. Momentami łapałam się za głowę i miałam ochotę potrząsnąć głównym bohaterem i spytać się dlaczego jest tak głupi i naiwny i dlaczego podejmuje coraz gorsze decyzje? Ale to nie wszystko, co złe w tym serialu, ponieważ uwagę skupia się bardziej na nieprzyjemnej dla oka chorobie jednego z adwokatów niż wątku kryminalnym, rozwiązywaniu sprawy, czy też motywacjach bohaterów. Ogólnie mimo, że serial jest zrealizowany bardzo dobrze, to wiele rzeczy według mnie była najzwyczajniej w świecie tak bardzo naciągana, że musiałam odpocząć między jednym a drugim odcinkiem.

Jest jednak w serialu "Długa Noc" parę rzeczy, dla których warto  go zobaczyć. Pierwsza z nich to pokazanie działania amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W USA teoretycznie mamy domniemanie niewinności, co było również świetnie pokazane w serialu American Crime Story. W "Długiej nocy" bohater jest z góry osądzony przez wszystkich, a jego pochodzenie zdecydowanie mu nie pomaga. I tak przejdę do drugiej ciekawej rzeczy w tym serialu, czyli pokazanie położenia rodziny, która pochodzi z Pakistanu i wyznaje islam, a w obliczu oskarżenia o morderstwo to rodzina podejrzanego jest w najtrudniejszej pozycji. W wyniku medialnego nagonki rodzice tracą źródło zarobku, a brat zostaje wyrzucony ze szkoły. I to ich najlepiej się ogląda, to im się współczuje i kibicuje, aby ten cały koszmar w końcu się skończył. I po trzecie, wizualna strona serialu może sprawić, że zobaczycie wszystkie odcinki. Kamera portretuje bohaterów w ciekawym oświetleniu, a kadry są po prostu cudnie skomponowane. 

Chciałabym jeszcze wrócić do głównego bohatera, który mnie tak irytował, ponieważ muszę oddać honor dla Riza Ahmeda, który go zagrał i dla tej roli przeszedł imponującą metamorfozę. Z delikatnego chłopaka zmienił się w umięśnionego recydywistę o ogolonej głowie, z więziennymi tatuażami. W ten sposób twórcy serialu pokazali, jak łatwo zmienić człowieka i jak trudno ocenić zdolność do przemocy budzącej się pod wpływem różnych czynników. 

Zamierzam jeszcze zobaczyć brytyjski pierwowzór "Długiej Nocy" - serial "System sprawiedliwości" BBC z 2008 r.. Mam olbrzymią słabość do brytyjskich produkcji, o czym przekonacie się jak tylko skończę recenzję serialu "Marcella", po którym nadal nie potrafię znaleźć godnego zastępcy. 

piątek, 24 lutego 2017

Serial nie musi być ambitny...czyli Paranoid

Jestem uzależniona od seriali, na szczęście/nieszczęście w w leczeniu pomagają mi obowiązki codzienne, praca oraz córka. Jednak wciąż czuję, że potrzebuję nowych historii, a po całym zwariowanym dniu mam już tylko ochotę wygodnie ułożyć się na kanapie i odpalić Netflixa. I w ten sposób trafiłam na „Paranoid”, który jest serialem powstałym we współpracy Netflixa i ITV. Nie jest to serial, który zwala z nóg, ale jeśli lubicie brytyjskie produkcje kryminalne, to powinno się wam chociaż trochę spodobać.

Fabuła serialu opowiada o śledztwie, które prowadzone jest w związku z morderstwem lekarki. Śledztwo toczy się w typowy sposób, pojawia się coraz więcej wątków i fałszywych tropów, a ten właściwy prowadzi naszych bohaterów aż do Dusseldorfu (Niemcy), gdzie rozgrywa się część akcji.

"Paranoid" wykorzystuje chyba każdy możliwy kryminalny schemat. Tym samym każdy, kto widział już w swoim życiu parę dobrych kryminałów, doskonale będzie mógł przewidzieć zarówno zwroty w akcji, jak  i zakończenie pierwszego, i jak na razie jedynego, sezonu. Jednak mimo, że nie ma w tym serialu ani ciekawie zarysowanych postaci, ani też przedstawiona historia nie wzbudza dodatkowych emocji, to całość jest zrealizowana poprawnie.

Jak to się mówi: szału ni ma, ale oglądałam kolejne odcinki, nie tracąc nadziei na to, że będzie lepiej. Gdy nadzieja umarła, to przyznaję, że miałam dylemat czy o tym serialu w ogóle pisać. I fakt, najczęściej piszę o tym, co mi się podoba, dlaczego więc piszę o "Paranoid"? Piszę, bo serial to rozrywka i nie każdy zapadnie w nasza pamięć. Nie zawsze mam ochotę na mocne, psychologiczne, czy też ambitne seriale, no i nie zawsze muszę wystawiać filmom czy też serialom laurki. Czasami mam przyjemność oglądając proste historie, w których jestem w stanie przewidzieć wszystko.

"Paranoid" nie udaje, że jest serialem wybitnym. Tak, jest wypełniony kliszami, a bohaterowie nie wyróżniają się niczym, jednak jeśli macie ochotę na brytyjski serial, to spróbujcie! W większej dawce serial może nie byłby do przyjęcia, ale osiem odcinków wystarczy, aby zresetować się po mocnym filmie lub serialu, którego fabuła wciąż chodzi nam po głowie. W końcu serial ma być rozrywką, a "Paranoid" na pewno ją zapewni.

niedziela, 19 lutego 2017

Czy masz własne zdanie?

Nie lubię oceniać rzeczy po opakowaniu, ale jednak niejednokrotnie oceniam. Staram się nie oceniać ludzi po ich wyglądzie, ale czasami moja podświadomość robi to sama. W tym jednak miejscu, czyli na blogu, nauczyłam się, że lepiej nie oceniać dzieła, które nie jest jeszcze ukończone, czy też serialu, który jeszcze trwa. Niejednokrotnie bez entuzjazmu oglądałam kilka odcinków danego serialu, by potem oszaleć na jego punkcie. Były również seriale, które zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia, a kolejne sezony utwierdzały w przekonaniu, że czasami trzeba po prostu przestać oglądać coś, co nam się nie podoba, aby nie tracić swojego czasu, bo czasami jedyne co zostaje po nieudanym sezonie to niesmak (patrz True Blood). 

Z każdej strony docierają do mnie opinie o "Belle Epoque", a ja jeszcze nie widziałam wszystkich odcinków i nie chcę sugerować się kampanią reklamową, czy też falą hejtu. Nie wiem, czy o tym serialu w ogóle będę pisać, jednak różne reakcje widzów i hejt na tvn, sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać, czy po pierwsze nie oceniamy zbyt pochopnie i po drugie, czy mamy w ogóle własne zdanie?

"Belle Epoque" to akurat przykład z naszego podwórka, jednak podobna sytuacja miała miejsce w przypadku ostatniego sezonu serialu Sherlock. Coraz częściej mam wrażenie, że ludzie chcą po prostu zaistnieć, dać upust swoim kompleksom, a najlepiej sprawdza się ostra krytyka, głoszenie kontrowersyjnych poglądów. W tym wszystkim coraz mniej rzetelnych informacji podpartych argumentami. Dla mnie nie jest to odkrycie, bo tak było i będzie, jednak w dobie internetu przeraża mnie to o wiele bardziej. Jest jeszcze grupa osób, która nie ma swojego zdania i będzie mówić to co, przeczyta czy też usłyszy od innych. Coraz częściej zastanawiam się, czy naprawdę niektórzy ludzie nie mają własnego zdania i dlaczego tak bardzo wszystkim zależy na tym, aby wybić się głoszonymi poglądami nawet, jeśli wiedzą, że nie mają nic sensownego do powiedzenia. Powinnam postawić tutaj znak zapytania, ale nie oczekuje odpowiedzi, po prostu głośno myślę.

wtorek, 14 lutego 2017

Jaki jest przepis na idealne Walentynki?

Nigdy nie czułam presji obchodzenia walentynek. Czasami 14 luty był okazją, aby spotkać się ze znajomymi lub też wybrać ze znajomą do teatru. Będąc w związku również nie czuję presji, aby pomalować usta na czerwono i czekać na bukiet róż. Mój wybranek nie jest romantykiem, a ja mimo, że uwielbiam celebrować chwile, to z pewnością nie czuję presji, aby właśnie 14 lutego wyjść z domu i siedzieć w zatłoczonej restauracji, czy też kinie. Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam romantyczne gesty i uważam, że aby związek był udany, to nie tylko musimy o niego dbać, ale również wychodzić sobie na przeciw.

Nie ma chyba bardziej irytującego hasła, niż to, że walentynki powinniśmy obchodzić codziennie. Gdyby tak było to każdy związek byłby sztuczny, bo w miłości trzeba również pokochać rutynę i docenić normalność. Gdyby ludzie codziennie obdarowywali się prezentami i spędzali romantyczne chwile, to nie byliby w stanie stawić czoła problemom życia codziennego, z którymi prędzej czy później każdy związek musi się zmierzyć. Jednak równie irytująca jest komercjalizacja święta zakochanych.


Przeczytałam dzisiaj świetny wpis na blogu mataja.pl o recepcie na udany związek, w prawdzie to recepta na udany związek po urodzeniu dziecka, jednak z moich obserwacji wynika, że i bez dzieci związki się rozsypują, więc  zainteresowanych kieruję do źródła, a ja przytoczę jedynie najważniejsze dla mnie wnioski...




Powinniśmy ze sobą rozmawiać i słuchać się nawzajem. Nie tylko mówić o problemach, ale i wymierzać sobie wspólne cele, marzyć, mówić o tym, czego pragniemy, co nam się podoba, a co nam po prostu nie pasuje. Spełniajmy nawzajem swoje marzenia, bo każdy problem/nieporozumienie zostawia rysę, o której trudno zapomnieć. Zwracajmy na siebie uwagę i celebrujmy nawet najmniejsze sukcesy i osiągnięcia. Nie musimy wydawać fortuny na biżuterię, drogą kolację, czy też popcorn i bilety do kina, na film, który i tak nam się nie spodoba. Może wystarczy zrobić coś, co sprawi nam radość i przyjemność? Bo czy to nie jest właśnie sekret udanych walentynek?


poniedziałek, 13 lutego 2017

Nie lubię filmów sf, ale polecam Arrival...


Nie przepadam za filmami science fiction, chociaż moja siostra w łagodnych słowach nie lubi ich oglądać o wiele bardziej. Jednak jestem świeżo po seansie jednego z filmów z gatunku science fiction i właśnie poleciłam mojej siostrze, aby koniecznie zobaczyła "Arrival - Nowy początek" i jestem przekonana, że jej się spodoba. Trudno szukać tak dobrego i mądrego kina science fiction, więc postaram się przekonać wszystkich czytelników do zobaczenia tego filmu. 


"Nowy początek" to tylko z pozoru opowieść o przybyciu obcych. W tej historii faktycznie pojawiają się obcy, jednak fabuła rozgrywa się wokół języka i komunikacji. Kiedy dwanaście niezidentyfikowanych obiektów latających pojawia się w biały dzień w różnych miejscach świata, w tym, w USA, Rosji i Chinach, to powoduje to powszechną panikę i w rezultacie kryzys polityczny i społeczny na całym globie. W tej sytuacji władze wojskowe zwracają się do lingwistki dr Louise Banks (Amy Adams), która jako specjalistka od tłumaczeń, ma pomóc zrozumieć język obcych oraz cel ich przybycia.


Napisałam, że to film o komunikacji i języku, ponieważ w trakcie seansu wciąż pojawiają się odniesienia do tego, czym jest język i jak sposób pojmowania świata poprzez język może sprawić, że nie rozumiemy się nawzajem. To film o naszym odpowiedzialności, wspólnocie w podejmowaniu decyzji. Tematów poruszonych w tym filmie jest naprawdę sporo, ale reżyser Dennis Villeneuve poradził sobie z nimi z  wielkim wyczuciem.  Nie jest to też dramat o komunikacji międzyludzkiej, więc wielbiciele science fiction znajdą tutaj również coś dla siebie, a spora w tym zasługa literackiego pierwowzoru, czyli prozy Teda Chianga. 

Widziałam już wiele filmów, w których bohaterowie musieli zmierzyć się z obcą inwazją, ale "Arrival" to jest pierwszy film, który jednocześnie dał mi do myślenia i poruszał kwestie związane z językiem i semantyką. Konfrontując się z językiem obcych ludzi, możemy nie wiedzieć o nim nic, ale możemy być pewni, że znajdą się w nim słowa określające podstawowe dla egzystencji czynności, takie jak jedzenie, narodziny i śmierć. Jednak w przypadku komunikacji z gatunkiem pochodzącym z innej planety wszelkie założenia mogą łatwo okazać się fałszywe i katastrofalne w skutkach. Pamiętając o powyższym, bohaterka filmu nawiązuje komunikację z heptapodami, jednak to sam proces, podczas którego dochodzi do komunikacji jest przedstawiony w interesujący sposób.

Najważniejsze miejsce w filmowej fabule zajmuje idea nazywana powszechnie hipotezą Sapira-Whorfa, która głosi, że używany przez nas język wpływa na sposób, w jaki postrzegamy rzeczywistość. Pod wpływem intensywnej nauki systemu komunikacji obcych, Louise Banks zaczyna postrzegać rzeczywistość jak obcy, a w jej umyśle pojawiają się „wspomnienia” z jej własnej przyszłości. Czy, gdybyś wiedział dokładnie, jak potoczy się twoje życie, spróbowałbyś coś zmienić? To pytanie nieustannie wraca do mnie po seansie filmu „Arrival”. Zdaję sobie sprawę, że mogę nie być obiektywna, bo film porusza kwestie związane z semantyką i rodzicielstwem, jednak nie spodziewałam się, że oglądając film, który miał być o kolejnej inwazji obcych, będę miała tyle refleksji. Również pod względem wizualnym film zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, jest jednocześnie oszczędny, jak i wysmakowany. Mocną stroną filmu jest również oprawa muzyczna, która jest minimalistyczna i dobrze współgrająca z doniosłością kontaktu z pozaziemską inteligencją.

Reżyser podchodzi do widza z dużym szacunkiem i wierzy w jego inteligencję, a to, co powinno zostać wyjaśnione, przedstawione jest w sposób dokładny i fabularnie uzasadniony. Chodzi tu przede wszystkim o kwestie kontaktu z obcymi na poziomie językowym. W filmie zamiast efektownych wybuchów, otrzymujemy burzę mózgów towarzyszącą nawiązaniu porozumienia z obcymi. Można uznać, że fabuła posuwa się zbyt wolno, że w filmie brakuje wyścigów, efektownych katastrof, jednak  jeśli macie już dosyć tych wszystkich efekciarskich inwazji obcych, sprawiających, że każdy kolejny film science fiction wygląda tak samo, zobaczcie „Arrival”, bo to nowy początek dla science fiction.

niedziela, 12 lutego 2017

Dziewczyna z pociągu



Muszę przyznać, że nie łatwo jest mi oderwać myśli od ostatniego odcinka "How to get away with murder", ale wspinam się na wyżyny mojej obiektywności i postaram się napisać parę słów o filmie "Dziewczyna z pociągu". Mimo, że słyszałam wiele dobrych opinii o książce Pauli Hawkins, to jeszcze nie trafiła w moje ręce, a dopiero wczoraj udało mi się zobaczyć jej ekranizację. Film Tate'a Taylora ma dwa walory - fajną historię i cudną Emily Blunt, która gra główną rolę. Jednak podczas seansu wciąż czułam, że w tym filmie coś nie gra, historia się dłuży, a pod względem realizacyjnym film ma wiele słabych punktów. Może jestem zbyt wymagająca, ale wydaje mi się, że ta historia miała potencjał "Zaginionej dziewczyny", a "Dziewczyna z pociągu" w tym zestawieniu wypada blado.  

Powieść Pauli Hawkins zrobiła na świecie furorę i przez wiele tygodni nie schodziła z pierwszego miejsc najlepiej sprzedających się książek na liście New York Timesa. "Dziewczyna z pociągu" to historia nieszczęśliwej kobiety, która nadużywa alkoholu, ma obsesję na punkcie żony byłego męża i jej opiekunki. Problem z alkoholem w tej historii jest kluczowy, nie tylko charakteryzuje główną bohaterkę, która zatapia smutki po nieudanym małżeństwie, ale również sprawia, że jako widzowie mamy zachwianą percepcję prezentowanej rzeczywistości. W tym filmie sen, wyobrażenia mieszają się z rzeczywistością, a oglądając kolejne sceny mamy wrażenie, że to my mamy kaca, a nie główna bohaterka.

To film o niezdrowej fascynacji, obsesji, która sprawia, że główna bohaterka staje się niewiarygodna przed policją oraz całym otoczeniem. Jednak w filmie wkradł się pewien chaos, który nie doprowadził do geniuszu. Trudno mi powiedzieć, co konkretnie sprawiło, że ten film mnie nie porwał, może to efekt przesycenia, nachalnego tłumaczenia widzowi każdej niedopowiedzianej sceny. Adaptacja książki "Dziewczyna z pociągu" z pewnością rozczarowuje monotonną narracją i beznamiętnym finałem. Taylorowi albo zabrakło odwagi do twórczej interpretacji książkowego pierwowzoru, albo zwyczajnie pomysłu na podejście do historii spisanej przez Paulę Hawkins. To, co stanowi o sukcesie książki, niekoniecznie musi sprawdzić się na ekranie. W tym świetle film Tate'a Taylora jest jedynie poprawnym thrillerem, który nie dostarcza takich emocji, na jakie zasługuje zekranizowana historia. 

Ten film nie wzbudził we mnie refleksji o związkach czy też relacjach ludzkich, co gorsza wyłania się z niego obraz kobiety, która daje się poniżać i nie potrafi stanąć na nogi po zakończeniu nieudanego małżeństwa. Jednak wydaje mi się, że i tak warto przeczytać książkę i zobaczyć film, nie sugerując się opinią innych. Być może to właśnie Ciebie porwie "Dziewczyna z pociągu".