piątek, 20 października 2017

The Handmaid's Tale

Długo zbierałam się do tego, aby napisać o - według mnie- najlepszym serialu roku 2017. Nie chcę by zabrzmiało to trywialnie, ponieważ często piszę o tych filmach i serialach, które bardzo mi się podobały, jednak "Opowieść podręcznej" to dla mnie wyjątkowy serial, który nie tylko jest znakomicie zrobiony, ale również pokazuje, do czego może doprowadzić fanatyzm, jak i ograniczenie praw kobiet.

"Opowieść podręcznej" powstała na podstawie powieści Margaret Atwood z 1985 roku i w wielkim skrócie to dystopia o Ameryce opanowanej przez totalitarną teokrację. To opowieść o uprzedmiotowieniu kobiet. Może nie brzmi to porywająco, ale trudno opisać doświadczenie, jakie przeżywamy podczas seansu każdego z odcinków. Z resztą jak się domyślacie, jeśli chodziłoby tylko o dystopie lub ciekawe poruszenie tematyki dyskryminacji kobiet, to serial nie zgarnąłby tak wielu nagród.

Zacznijmy od głównej bohaterki, która żyła normalnie z mężem i kilkuletnią córką we współczesnej, amerykańskiej metropolii. Elizabeth Moss, która wciela się w postać June/Offred jest znana z roli emancypującej się w męskim świecie Peggy Olson z serialu "Mad Men", a wspominam o tym ponieważ Moss świetnie sprawdza się w roli niezależnych, silnych kobiet. Aktorka gra z wielkim wyczuciem, jest w niej coś nieoczywistego, a kamera kocha jej nietuzinkową urodę. 

"Opowieść podręcznej" jest wizją przyszłości, w której do władzy dochodzą fundamentaliści. Okazuje się, że w tej bliskiej przyszłości problem bezpłodności jest na tyle duży, że fundamentaliści izolują płodne kobiety, którym odbiera się wszystkie prawa i całe dotychczasowe życie, aby stały się matkami surogatkami czy też żywymi inkubatorami. Tak zwaną podręczną przydziela się małżeństwu, które nie może mieć potomstwa, aby w ramach ceremonii Pan domu próbował ją zapłodnić na oczach swojej żony.

Moss jako główna bohaterka jest również narratorem opowieści i angażuje widza już na poziomie narracji serialu. Liczne retrospekcje z życia June pokazują jak stopniowo ograniczano prawa kobiet i jak doprowadziło to, do obecnego stanu rzeczy. „Opowieść podręcznej" jest wymieniana jako jedna z ważniejszych antyutopii. Siła tego serialu leży właśnie w diagnozie totalitaryzmu. Bohaterowie są wielowymiarowi, do końca nie mamy pewności, kto jest czarnym charakterem, ale stopniowo dowiadujemy się jak doszło do przejęcia władzy przez fundamentalistów i jak idea doprowadziła do kataklizmu i zniszczyła życie zwykłych ludzi. 

Serial trzyma w napięciu, nawet jeśli wydaje się, że nic się nie dzieje. Stonowane kolory, wysmakowane, bliskie kadry, oddziałują na widza, nawet jeśli nie jest wytrawnym kinomanem. Nie jest to serial rozrywkowy, ale psychologiczny, więc jeśli szukacie czegoś lekkiego, to nie będzie dobry wybór. Jednak jeśli szukacie serialu, który was poruszy, to "Opowieść podręcznej" to pozycja obowiązkowa. 


czwartek, 19 października 2017

Grzechy Grzesznicy



Nie za wiele wiedziałam o Jessice Biel. Zaszufladkowałam ją pomiędzy serialem "Siódme niebo" a  Justinem Timberlakiem. Jednak serial "The Sinner" zweryfikował moje poglądy, bo Biel nie tylko świetnie w nim zagrała, ale wzięła się również za jego produkcję. Jeśli myślicie, że widzieliście już wszystko, albo jesteście przekonani, że amerykański serial nie jest w stanie was zachwycić, to zmienicie zdanie po seansie "The Sinner".

"The Sinner" jest adaptacją bestsellera Petry Hammesfahr o tym samym tytule. W serialu są poruszane kwestie religijne, społeczne, światopoglądowe, a warstwa psychologiczna jest godna zainteresowania. W tym serialu nie brakuje również banału, ponieważ już w pilocie widzimy, że życie głównej bohaterki wypełnia banał. Cora Tanneti jest zwykłą amerykańską dziewczyną, żoną i matką. Ma przewidywalnego męża, średnio sympatyczną teściową i nudną pracę. W piątkowe wieczory Cora uprawia seks z mężem, nie zdejmując nawet bluzki, a my patrząc na nią już wiemy, że coś jest nie tak. 

Już po kilkunastu minutach seansu pierwszego odcinka jesteśmy świadkami, jak Cora dostaje niekontrolowanego ataku agresji i w obecności męża, swojego dziecka oraz kilkudziesięciu gapiów, z zimną krwią zabija zupełnie przypadkowego mężczyznę. Dla wszystkich sprawa wydaje się być prosta, bo Cora przyznaje się do winy, a policja ma zeznania świadków. Jednak coś nie daje spokoju detektywowi, który ma przekazać sprawę do prokuratury. Detektyw Harry Ambrose (Bill Pullman) postanawia rozpocząć własne śledztwo, aby dowiedzieć się, czemu Cora zabiła niewinnego człowieka. I chociaż wszystko zaczyna się od zwykłej sprawy kryminalnej, nie ma tutaj klasycznej zagadki i śledztwa. Wiemy, kto zabił, pytanie brzmi, dlaczego. Nad tym wątkiem będziemy się zastanawiać prawie osiem odcinków, a ostatni odcinek i tak pewnie Was zaskoczy.

Serial jest przemyślany od początku do końca. Jest wypełniony retrospekcjami z życia głównej bohaterki, które pokazują jak była wychowywana, co po części wyjaśnia jej zachowanie i fakt, że żyje z ciągłym poczuciem winy. "The Sinner" pod tym względem jest doskonałym serialem psychologicznym. Przedstawia portret skomplikowanej kobiety, żony i matki z przeszłością, do której nie chce wracać. Warstwa wizualna i muzyczna również buduje w serialu odpowiedni klimat.  Serial stawia na wolne tempo akcji, prezentuje całą gamę szarości, w sensie dosłownym i metaforycznym. 

Jeśli macie ochotę na serial psychologiczny, to grzechem byłoby nie zobaczyć "The Sinner". Uprzedzam, że nie jest to lekki serial, po którym będziecie spokojnie spać. Jednak przyznacie sami, że kiedy przychodzi zmierzyć się z demonami z przeszłości, to rzadko bywa miło i przyjemnie.  
  

środa, 18 października 2017

Kłamstwo nie zawsze ma krótkie nogi, czyli "Liar"

Przyznaję, że jestem wielką fanką Zwierza Popkulturalnego i niejednokrotnie zawstydzona jej/jego trafnymi spostrzeżeniami, nie mam odwagi napisać o swoich własnych odczuciach o filmie, czy też serialu. Nawet jeśli nie mam czasu, aby czytać wszystkie wpisy na blogu Zwierza, to uważnie śledzę fanpage'a na facebooku. We wrześniu pojawił się wpis o serialu "Liar" i od razu zaintrygował mnie zarys fabuły. Nie zastanawiałam się zbyt długo i zaczęłam szukać w sieci, gdzie mogę zobaczyć go na streamingu. Pierwszy odcinek serialu faktycznie zachwycił mnie krajobrazami, całą stroną wizualną oraz intrygującym (chociaż nie nowatorskim) pomysłem. Jednak po trzech odcinkach chciałam już tylko zobaczyć, czy scenarzyści mieli pomysł, aby go zgrabnie zakończyć. I tak jak podejrzewał Zwierz, scenarzyści mieli niezły orzech do zgryzienia, ale go nie rozgryźli. Po seansie ostatniego z sześciu odcinków, przeżyłam spore rozczarowanie, ponieważ serial zapowiadał się naprawdę nieźle, ale nie dość, że gdzieś po drodze znikł czar, a zastąpiła go zwykła drama, to miałam wrażenie, że jego potencjał został po prostu zmarnowany.

Zaczynając od początku serial "Liar" zaczyna się bardzo intrygująco. Poznajemy młodą nauczycielkę, która właśnie się rozwiodła  oraz zabójczo przystojnego lekarza, z którym pracuje siostra głównej bohaterki. On i ona idą na randkę. Spacerują razem wzdłuż molo, jedzą kolacje w klimatycznej restauracji, czyli jednym słowem randka przebiega idealnie, aż do momentu, kiedy ona budzi się rano i twierdzi, że została zgwałcona, a on twierdzi, że świetnie spędził z nią wieczór. O tym, kto kłamie mamy przekonać się w szóstym odcinku, jednak każdy swoją prawdę i kolejne kłamstwa twórcy prezentują nam w każdym kolejnym odcinku.

I czuję niedosyt, a jednocześnie przesyt. Część z wątków pobocznych została urwana, ucierpiała również na tym cała warstwa psychologiczna serialu. Zachowanie głównej bohaterki sprawia, że ona sama zaczyna nas coraz bardziej drażnić i niezależnie od tego, kto kłamie, to przestajemy jej kibicować.

Bardzo żałuję, że nie mogę polecić tego serialu, chociaż z drugiej strony, może znajdą się tutaj miłośnicy brytyjskich seriali i ten serial będzie dla nich wypełnieniem jesiennych wieczorów. A jeśli mam polecać serial przedstawiony z dwóch perspektyw, to zdecydowanie polecam The Affair - tam atmosfera jest tak gęsta, że głęboki oddech nie wystarczy, by wytrzymać napięcie. Ale o tym serialu napiszę już wkrótce!



niedziela, 2 lipca 2017

Zazdrość, zawiść to zbyt dużo

Coraz częściej spotykam zawiść. Mijam ją na ulicy, a najczęściej na skrzyżowaniu dróg, w szczególności tych życiowych. Słyszę o zawiści w radiu, pociągu, ale najczęściej czytam jej przejawy w komentarzach pod artykułami i zdjęciami pięknych, zdrowych i bogatych, którzy według niektórych mają wszystko. Zawistnych ludzi zjadła już zazdrość. Nie wiem, czy można kontrolować zawiść, wiem, że można kontrolować zazdrość. Zawsze będzie tak, że inni będą mieli się lepiej, będą mieli więcej, bądź mniej trosk, pieniędzy i wszystkiego, czego my w tym momencie nie mamy. Niektórzy muszą ciężko pracować nad czymś, co my dostaniemy nawet o to nie prosząc, od tak w promocji od życia. Nie ma sprawiedliwości, jest za to ślepy los, szczęście, fortuna, która kołem się toczy. I chociaż nie jest to odkryciem, to ostatnio uwiera mnie wrażenie, że każdy z nas może paść ofiarą zawiści.

Sama doświadczam dyskomfortu, uwierają mnie nowe buty i sytuacje bez wyjścia. Czasami muszę opuścić sferę własnego komfortu i z podziwem wymieszanym z zazdrością patrzę na tych, którzy mają ten luksus, że nie mają na głowie moich problemów. Każdy ma swoje problemy, nawet jeśli dla nas są one błahe. Coraz mniej rozumiem zazdrość, którą widzę każdego dnia. Dlaczego wciąż patrzymy na innych, zamiast na samych siebie? Głupio zapytam, ale po co zazdrościć, jeśli to nic w naszej sytuacji nie zmieni?


Dostajemy od życia ponoć tyle trosk, ile jesteśmy w stanie udźwignąć, nie wiem jak jest z dzieleniem szczęścia od życia, ale po każdej burzy w końcu wychodzi słońce. I tego się trzymajmy. Wypijmy kawę, czy też herbatę z miodem, delektujmy się nawet chwilą spokoju i po prostu szukajmy własnego szczęścia, a patrząc wciąż na innych na pewno go nie znajdziemy.

sobota, 6 maja 2017

13 powodów


Nie chciałabym być teraz nastolatką. Mam wrażenie, że w dobie facebooka i twittera jest o wiele trudniej dorastać i przeżywać pierwsze porażki, a także przede wszystkim uczyć się akceptacji samego siebie. Mimo, że nie będę już po raz drugi nastolatką, to jako matka za kilkanaście lat i tak będę niejako współodczuwać dojrzewanie mojej córki, dlatego też z przerażeniem odkrywałam kolejne powody, które zadecydowały o decyzji głównej bohaterki "13 reasons Why".

Nowy serial Netflixa "13 reasons Why" został nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści Jaya Ashera o tym samym tytule. Serial okazał się wielkim przebojem na całym świecie, a smaczku dla młodszej widowni nadawał fakt, że jego producentką jest idolka nastolatek, Selena Gomez, która oficjalnie przyznała się do walki z depresją. Tytułowe trzynaście powodów nawiązuje do trzynastu kaset magnetofonowych, jakie znajomi Hannah Baker otrzymują zaraz po jej samobójczej śmierci. A jaki jest sam serial? Przyznaję, że początkowo męczyło mnie jego tempo. Odkrywanie 13 powodów, problemów, potencjalnych przyjaciół i rozczarowań miłosnych, które doprowadziły główną bohaterkę do decyzji o samobójstwie początkowo wydaje się zbyt błahym powodem do targnięcia się na własne życie... Nie chciałabym jednak spojlerować, więc napiszę jedynie dlaczego według mnie warto zobaczyć "13 reasons Why".

Po pierwsze, ten serial jest dobrze zrobiony i mimo, że sama tematyka, jak i powody, które pchają bohaterkę do samobójstwa początkowo mogą wydawać się mało przekonujące, to jest coś, co pcha nas do zobaczenia kolejnego odcinka. W drugiej połowie sezonu atmosfera się zagęszcza i zdajemy sobie sprawę, że to co dla widza może być typowym problemem nastolatki, w perspektywie głównej bohaterki jest nagromadzeniem tragedii, które odbierają sens życia i prowadzą do drogi bez wyjścia.

Po drugie, wszystko, co może nas irytować w serialu, z czasem nabiera sensu. Największy problem miałam z głównym bohaterem, który nie potrafi pogodzić się z decyzją Hannah i nie potrafi zrozumieć, dlaczego jest jednym z powodów, dla którego odebrała sobie życie. Clay jest tylko nastolatkiem i to impulsywnym, zagubionym i zakochanym w dziewczynie, której już nie ma. Jego zachowanie w tej optyce jest bardziej zrozumiałe, ponieważ on sam nie przyjmuje innej optyki niż Hannah. Clay nie dostrzega również jak działa mechanizm pułapki, w której znalazła się Hannah, czyli społecznej presji i strachu przed oceną innych.

Po trzecie, serial pokazuje mechanizm zachowań nastolatków i może być przestrogą dla rodziców - może również zmusić do tego, aby obserwować zachowanie własnych dzieci i nie bagatelizować ich problemów nawet, jeśli ich sami nie rozumiemy. I chociaż nie można zapobiec każdej tragedii, to warto pamiętać, że osoby, które są w depresji często inaczej oceniają rzeczywistość, a nawet mały problem może przerosnąć osobę, która jest słabsza psychicznie, czy też brakuje jej pewności siebie, która pozwala uodpornić się na różne personalne ataki.


Nie będę przedstawiać 13 powodów, dla których warto zobaczyć ten serial. Jednak to właśnie w nim świetnie pokazano, jak wpływa wszechobecność mediów społecznościowych, czy też plotki, zastraszanie, na życie nastolatka. To są realia, w których musi funkcjonować wiele młodych osób na całym świecie, a rodzina, przyjaciele, czy też nauczyciele często okazują się bezradni. 

"13 reasons Why" to bardzo dobrze zrobiony serial ze smutną puentą. Już dzisiaj wiadomo, że popularność serialu sprawiła, że twórcy już przygotowują się do prac nad drugą serią produkcji. Na chwilę obecną Netflix musi zmierzyć się również z oskarżeniami dotyczącymi zachęcania do popełniania samobójstw. W odpowiedzi na oskarżenia Netflix postanowił uruchomić specjalną infolinię 13reasonsWhy.info, której celem jest pomoc dla nastolatków i ich bliskich, którzy czuliby się źle po obejrzeniu serialu. Niestety, nie czułam się dobrze po zobaczeniu serialu, ale wiem, że było warto i polecam każdemu o mocnych nerwach.
 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Wielkie kłamstewka

Bardzo lubię seriale HBO, więc po głośnej promocji serialu "Wielkie kłamstewka" stwierdziłam, że muszę go zobaczyć, aby mieć o nim własne zdanie. I przyznaję, że serial mi się bardzo podobał, mimo, że szybko domyśliłam się, jakie jest rozwiązanie głównej zagadki kryminalnej. Jednak, co najważniejsze oglądałam serial z wielką przyjemnością do samego końca.

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści australijskiej pisarki Liane Moriarty. Reese Whiterspoon i Nicole Kidman stwierdziły, że to świetny materiał na kobiecy miniserial i zainwestowały swoje pieniądze oraz talent, aby stworzyć bardzo dobry serial. Należy podkreślić, że nie tylko zainwestowały w serial, ale również zagrały w nim pierwsze skrzypce. Serial jest wierny książce, jednak na prośbę Whisterspoon scenarzysta ubarwił jej postać, żeby nie była zbyt doskonała. Do obsady dołączyły Laura Dern, Shailene Woodley (znana z filmów dla młodzieży) oraz zjawiskowa Zoë Kravitz, córka Lenny’ego Kravitza. 

"Wielkie kłamstewka" w pierwszym zetknięciu przypomina serial "Gotowe na wszystko". W centrum zainteresowania są piękne, bogate kobiety i ich problemy rozgrywające się w cudnych domach usytuowanych nad samym oceanem. Jednak nie jest to serial o oderwanych od rzeczywistości kobietach. "Wielkie kłamstewka" to znakomita rozprawa o przemocy w rodzinie oraz lękach współczesnych kobiet. Nagle okazuje się, że pod tym względem niezależnie od zasobności portfela, wszystkie kobiety mogą mieć podobne problemy. 

Przemoc w rodzinie jest w serialu ukrywana przed światem pod maską luksusu, a pozostałe wątki, tylko pozornie nie są związane z wątkiem przewodnim. Przemoc jest również omawiana w kontekście dzieci i to jest również ciekawa płaszczyzna serialu. „Wielkie kłamstewka” pod atrakcyjną i chwilami dowcipną postacią porusza ważne tematy.

W serialu nawet szkolne awantury kilkulatków okazują się zaskakująco intrygującym tematem, ale twórcy nie dają nam zapomnieć o tym, że mamy tutaj wątek kryminalny i ktoś zginął. Codzienne wydarzenia są więc przerywane migawkami z policyjnych przesłuchań oraz tego, co działo się podczas szkolnego balu charytatywnego. Twórcy serialu drażnią się z nami, nie podając żadnych konkretów dotyczących śmierci i samej ofiary, a mieszkańcy miasteczka Monterey, którzy są przesłuchiwani, pełnią tu rolę odpowiednika greckiego chóru, który komentuje lub po prostu wydaje własne wyroki na temat sprawy i podejrzanych. 

Nie dajcie się zwieść lekkim tonom, w jakie czasami popada serial, czy absurdalnym wątkom walki o wpływy wśród siedmiolatków. Ten serial mimo, że jest osadzony w pięknej scenerii, w której bohaterowie są nieprzyzwoicie bogaci, to porusza ważne tematy i jest świetnie zrobiony! "Wielkie kłamstewka" są kolejnym potwierdzeniem tezy, że seriale to znakomite medium do opowiadania skomplikowanych i wielowątkowych historii obyczajowych. Polecam!

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielki tydzień

Święta i czas wielkiego postu był zawsze w mojej rodzinie celebrowany. I chociaż jako dziecko czułam klimat przygotowań do świąt, to teraz wielki tydzień przychodzi nagle, a ja wciąż czuję się nieprzygotowana. Jestem nieprzygotowana do wielu sytuacji, z którymi muszę się zmierzyć. Śmierć mojej cioci była jedną z nich. Niektórzy mówią, że śmierć to naturalna kolej rzeczy... bo tak jest. Jednak jeśli umiera dziecko, ukochana osoba, czy też ktoś, kto w naszym życiu był kimś ważnym, to logika przestaje mieć znaczenie. Wspominam, czuję pustkę, bo kolejnej osobie, której już nie ma. 

Moja ciocia była dla mnie jak babcia. Sama niejednokrotnie przyznawała, że jestem dla niej jak wnuczka, mówiła mi również, że jestem jej "ukochaną imienniczką". Jej podejście do życia, pokora i wielka miłość do mojego taty, czyli jej brata, sprawiały, że w moich oczach była zawsze kimś wyjątkowym. 

To może nie jest najlepsze miejsce na osobiste refleksje, zaczęłam się jednak zastanawiać, ile jest rodzin, rodzeństw, które mają takie relacje jak miał mój ojciec miał ze swoimi siostrami? Ile jest takich rodzeństw, które przejmują nad sobą opiekę i zastępują dzieci i wnuków? Ile jest takich rodzeństw, w których nie pojawia się zazdrość? Ile jest takich rodzin, które są tak blisko i nigdy się nie kłócą? Jak to piszę, czuję, że to jakaś abstrakcja! Jednak widziałam tą abstrakcję przez wiele lat, przez całe swoje życie. Moja ciocia nigdy nie zaakceptowała faktu, że mój tata zmarł wcześniej niż ona. Po latach wspominała, że w czasach, kiedy razem pracowali w teatrze wszyscy ich podziwiali (dokładnie takiego słowa używała) za to jak dobrze się rozumieli.

Moja ciocia mówiła, że życie jest piękne, chociaż jest też trudne. Co było, to było i zapomnij, bo wszystko w życiu jest przemijające. Miała wiele mądrości, które z nami zostaną jak i ona, na zawsze, w naszej pamięci.


wtorek, 11 kwietnia 2017

Marcella, czyli miłość od pierwszego wejrzenia



"Marcella" mnie po prostu zaskoczyła. Gdy zaczęłam oglądać „Marcellę” nie spodziewałam się, że to będzie właśnie ten serial, dla którego w najbliższym czasie stracę głowę. Jednak już podczas seansu pierwszego odcinka straciłam rachubę czasu, wszystkie obowiązki poszły na bok, a po całym dniu pracy zastanawiałam się, kiedy tylko będę mogła zobaczyć kolejny odcinek. I tym samym "Marcella" mogę zaliczyć do mojej prywatnej czołówki seriali kryminalnych.

Oficjalny opis fabuły nie obiecuje niczego spektakularnego, może dlatego nie spodziewałam się, że serial o porzuconej przez męża kobiecie skradnie moje serce. Jednak Marcella jest niezwykła i to pod wieloma względami.  

Marcella jest kobietą, detektywem, żoną i matką. Trudno wybrać odpowiednią kolejność jej życiowych ról. Każda okazuje się istotna z punktu widzenia fabuły oraz charakterystyki jej postaci. Sposób postrzegania Marcelli Backland jest dużą zasługą Anny Friel, która doskonale wcieliła się w rolę pani detektyw. Widzimy, jakie piętno pozostawiają na niej przeżycia osobiste oraz zawodowe. Nie mamy również pewności czy jest dobrym, czy też złym bohaterem. Marcella jest bowiem nieustępliwa, uparta, momentami nieokrzesana, ale w tym wszystkim ma tez świetną intuicję i jest bardzo dobrym detektywem. I nawet w chwili, w której jej życie prywatne zaczyna się mieszać z zawodowym, mamy wrażenie, że mimo wszystko stara się dociec do prawdy, nawet jeśli będzie dla niej niewygodna. W efekcie dostajemy niezwykle złożoną bohaterkę. Serial został doskonale zbalansowany, a wszystkie elementy fabuły są dla niej niezbędne, nie ma ani jednego, choćby najmniejszego wydarzenia, które nie miałoby wpływu na główną oś fabularną. Wszystko jest doskonale poukładane. 

Marcella to serial, który jest świetnym przykładem tego, w jaki sposób można zrealizować dobry kryminał bez wielu scen akcji. Jednak, kiedy dowiedziałam się, że za scenariusz serialu odpowiada twórca "Broen", to wszystko stało się dla mnie jasne. Produkcja łączy chłodną stylistykę skandynawskich kryminałów z metodyczną, złożoną charakterystyką głównej bohaterki. Niektórzy twierdzą, że Marcella jest damskim i to bardziej udanym odpowiednikiem Luther'a, inni twierdzą, że przypomina Sarah Linden z "The Killing", a dla mnie mimo sympatii do wspomnianych bohaterów, to Marcella jest najlepsza.

W serialu poznajemy wiele postaci, z różnych grup społecznych, których losy splatają się ze sobą. Oprócz morderstw mamy tu także korupcję, miłość, zdradę i zazdrość. Poszczególne wątki poprowadzone są sprawnie i interesująco. Fakt, że wszyscy bohaterowie są ze sobą w jakiś sposób połączeni, dodaje intrydze głębi. Niczego i nikogo nie możemy być pewni. Kto jest ofiarą, a kto mordercą? Kto jest dobry, a kto zły? I czy w ogóle możemy kogokolwiek tak łatwo cenić?

Dawno żaden serial tak mnie nie zachwycił. Wszystko mi się w "Marcelli" podobało, mimo  że miałam do tego serialu sceptyczne podejście. Dawno nie wciągnęłam się w serial tak szybko i jedyne, co mnie wciąż zastanawia, to pytanie, kiedy będzie następny sezon, bo dla mnie "Marcella" była za krótka. Dla naszych rodzimych twórców może tylko służyć za wzór. Podejrzewam, że niedościgniony.

poniedziałek, 27 marca 2017

Międzynarodowy Dzień Teatru

Teatr od najmłodszych lat był dla mnie miejscem niezwykłym. Może zaczęłam bardzo trywialnie, ale kiedy w teatrze pracuje ukochany tata, to byłoby to niezwykle trudne, żeby miejsce, w którym spędza się tak wiele czasu nie wiązało się z dobrymi wspomnieniami. A żeby było jeszcze wspanialej, to mój tata pracował w teatrze lalek, więc wpoił mi miłość do teatru tak dawno temu, że wydaje mi się, że jestem związana z teatrem od zawsze. A nawyk, by świętować Międzynarodowy Dzień Teatru mam wpojony tak samo jak obchody innych, najważniejszych świąt.

I w tym niezwykłym dniu pragnę złożyć wszystkim osobom zaangażowanym w pracę teatru najlepsze życzenia! Pasji, wytrwałości i miłości do teatru, który rodzi wrażliwość i budzi emocje, a przede wszystkim sprawia, że nie jesteśmy obojętni na świat wokół nas.

Teatr to miejsce magiczne, doniosłe, a chociaż aktorami bywamy każdego dnia. to nie jest tak łatwo otrzeć się o sztukę. Gramy rolę, ale bez teatru niewiele znaczą.


Mam to olbrzymie szczęście, że moja ukochana córka poznaje sztukę teatralną już od najmłodszych lat. Niestety zabrakło w jej życiu dziadka, który tą miłość by jej wpoił tak jak jej mamie. Jednak cieszę się, że na drodze mojej córki już teraz pojawił się teatr, a ukochane ciocie żłobkowe uczą, czym jest pasja, a to już jest wielka sztuka. Cieszę się, że chociaż w ten sposób dzięki ukochanemu żłobkowi mogłam obchodzić Międzynarodowy Dzień Teatru!

poniedziałek, 6 marca 2017

Egzegma zamiast dobrego kryminału

Miałam duże oczekiwania od serialu "Długa Noc". Po pochlebnej opinii, którą przeczytałam u znajomego, który ogląda naprawdę dużo dobrych filmów i seriali byłam przekonana, że zarwę noc oglądając ten serial. Jednak mimo, że wszystko w "Długiej Nocy" jest dobrze zrealizowane, a poruszone wątki naprawdę mnie zainteresowały, to w tym serialu jak dla mnie zabrakło iskry. A jeśli iskra była, to odebrał ją główny bohater, który według mnie był irytujący, a jego zachowanie czy też gra sprawiała, że był dla mnie niewiarygodny. Coś tu po prostu nie zagrało. Od początku główny bohater mnie wkurzał, jego zachowanie, decyzje, naiwność i ufność sprawiały, że z niedowierzaniem przypominałam sobie, że ponoć jest dobrze wychowanym i inteligentnym chłopakiem. Momentami łapałam się za głowę i miałam ochotę potrząsnąć głównym bohaterem i spytać się dlaczego jest tak głupi i naiwny i dlaczego podejmuje coraz gorsze decyzje? Ale to nie wszystko, co złe w tym serialu, ponieważ uwagę skupia się bardziej na nieprzyjemnej dla oka chorobie jednego z adwokatów niż wątku kryminalnym, rozwiązywaniu sprawy, czy też motywacjach bohaterów. Ogólnie mimo, że serial jest zrealizowany bardzo dobrze, to wiele rzeczy według mnie była najzwyczajniej w świecie tak bardzo naciągana, że musiałam odpocząć między jednym a drugim odcinkiem.

Jest jednak w serialu "Długa Noc" parę rzeczy, dla których warto  go zobaczyć. Pierwsza z nich to pokazanie działania amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W USA teoretycznie mamy domniemanie niewinności, co było również świetnie pokazane w serialu American Crime Story. W "Długiej nocy" bohater jest z góry osądzony przez wszystkich, a jego pochodzenie zdecydowanie mu nie pomaga. I tak przejdę do drugiej ciekawej rzeczy w tym serialu, czyli pokazanie położenia rodziny, która pochodzi z Pakistanu i wyznaje islam, a w obliczu oskarżenia o morderstwo to rodzina podejrzanego jest w najtrudniejszej pozycji. W wyniku medialnego nagonki rodzice tracą źródło zarobku, a brat zostaje wyrzucony ze szkoły. I to ich najlepiej się ogląda, to im się współczuje i kibicuje, aby ten cały koszmar w końcu się skończył. I po trzecie, wizualna strona serialu może sprawić, że zobaczycie wszystkie odcinki. Kamera portretuje bohaterów w ciekawym oświetleniu, a kadry są po prostu cudnie skomponowane. 

Chciałabym jeszcze wrócić do głównego bohatera, który mnie tak irytował, ponieważ muszę oddać honor dla Riza Ahmeda, który go zagrał i dla tej roli przeszedł imponującą metamorfozę. Z delikatnego chłopaka zmienił się w umięśnionego recydywistę o ogolonej głowie, z więziennymi tatuażami. W ten sposób twórcy serialu pokazali, jak łatwo zmienić człowieka i jak trudno ocenić zdolność do przemocy budzącej się pod wpływem różnych czynników. 

Zamierzam jeszcze zobaczyć brytyjski pierwowzór "Długiej Nocy" - serial "System sprawiedliwości" BBC z 2008 r.. Mam olbrzymią słabość do brytyjskich produkcji, o czym przekonacie się jak tylko skończę recenzję serialu "Marcella", po którym nadal nie potrafię znaleźć godnego zastępcy. 

piątek, 24 lutego 2017

Serial nie musi być ambitny...czyli Paranoid

Jestem uzależniona od seriali, na szczęście/nieszczęście w w leczeniu pomagają mi obowiązki codzienne, praca oraz córka. Jednak wciąż czuję, że potrzebuję nowych historii, a po całym zwariowanym dniu mam już tylko ochotę wygodnie ułożyć się na kanapie i odpalić Netflixa. I w ten sposób trafiłam na „Paranoid”, który jest serialem powstałym we współpracy Netflixa i ITV. Nie jest to serial, który zwala z nóg, ale jeśli lubicie brytyjskie produkcje kryminalne, to powinno się wam chociaż trochę spodobać.

Fabuła serialu opowiada o śledztwie, które prowadzone jest w związku z morderstwem lekarki. Śledztwo toczy się w typowy sposób, pojawia się coraz więcej wątków i fałszywych tropów, a ten właściwy prowadzi naszych bohaterów aż do Dusseldorfu (Niemcy), gdzie rozgrywa się część akcji.

"Paranoid" wykorzystuje chyba każdy możliwy kryminalny schemat. Tym samym każdy, kto widział już w swoim życiu parę dobrych kryminałów, doskonale będzie mógł przewidzieć zarówno zwroty w akcji, jak  i zakończenie pierwszego, i jak na razie jedynego, sezonu. Jednak mimo, że nie ma w tym serialu ani ciekawie zarysowanych postaci, ani też przedstawiona historia nie wzbudza dodatkowych emocji, to całość jest zrealizowana poprawnie.

Jak to się mówi: szału ni ma, ale oglądałam kolejne odcinki, nie tracąc nadziei na to, że będzie lepiej. Gdy nadzieja umarła, to przyznaję, że miałam dylemat czy o tym serialu w ogóle pisać. I fakt, najczęściej piszę o tym, co mi się podoba, dlaczego więc piszę o "Paranoid"? Piszę, bo serial to rozrywka i nie każdy zapadnie w nasza pamięć. Nie zawsze mam ochotę na mocne, psychologiczne, czy też ambitne seriale, no i nie zawsze muszę wystawiać filmom czy też serialom laurki. Czasami mam przyjemność oglądając proste historie, w których jestem w stanie przewidzieć wszystko.

"Paranoid" nie udaje, że jest serialem wybitnym. Tak, jest wypełniony kliszami, a bohaterowie nie wyróżniają się niczym, jednak jeśli macie ochotę na brytyjski serial, to spróbujcie! W większej dawce serial może nie byłby do przyjęcia, ale osiem odcinków wystarczy, aby zresetować się po mocnym filmie lub serialu, którego fabuła wciąż chodzi nam po głowie. W końcu serial ma być rozrywką, a "Paranoid" na pewno ją zapewni.